11.12.2008 – 15.02.2009
Ja zastrzelony przez Indian po raz drugi / Paweł Kowalewski

Paweł Kowalewski był najmłodszym członkiem „Gruppy”. Zaistniał jako malarz jeszcze zanim w roku 1983 ukończył warszawską Akademię Sztuk Pięknych. Jeśli jednak za początek aktywności przyjmiemy umownie datę dyplomu, łatwo będzie obliczyć, że Paweł Kowalewski obchodzi w tym roku podwójny jubileusz: pięćdziesięciolecie urodzin i dwudziestopięciolecie pracy twórczej. Tyle, że w wypadku tego artysty arytmetyka niewiele wyjaśni. Owszem, rozpoczął jako malarz. Szybko i z dużą łatwością hulał pędzlem najpierw po płótnie, potem po wielkich płachtach papieru, potem znów po płótnie. Ilustrował swoje intelektualne, polityczne, historyczne i osobiste przygody, utrwalał je w malarskim kadrze jakby pod wpływem natychmiastowego impulsu, bez odkładania na potem. Jego komentarze były lapidarne i dosadne, a jego puenty – uzyskiwane często za pomocą bardzo prostych środków – tak celne, jakby go nie kosztowały pracy, jakby płynęły z przyrodzonych umiejętności, a nie – jak to zwykle bywa – ze żmudnych ćwiczeń. Zarówno więc jego sposób malowania, jak i tematyka obrazów wpisywała się w charakter tamtych czasów, w rzeczywistość schyłkowego socjalizmu pod rządami pewnego generała i współgrała z naszymi ówczesnymi nastrojami. I chyba dlatego twórczość tego artysty tak szybko ulokowała się w świadomości środowiska. W pamięć zapadały obrazy razem z ich tytułami, a zdarzało się, że podpis pozostawał w niej dłużej, niż wygląd dzieła. Ale też były to tytuły zarówno znamienne jak i znaczące dla czasu i dla miejsca, dla tamtego hic et nunc, a w dodatku nacechowane taką samą drastycznością, jak ich malarskie ekwiwalenty. Zdzichu skacze co noc z butelkami benzynyPięści w kieszeniach czyli bardzo wkurwiony robotnikOpowieści lasku katyńskiego i wreszcie Mon Cheri Bolsheviq – to tylko przykład kilku najbardziej „kultowych”.

Oczywiście, zawartość obrazów, jak i treść tytułów była podszyta ironią, charakterystyczną także dla niektórych innych członków „Gruppy”, a także poczuciem absurdu, znamiennym dla nich wszystkich. W tamtym szczególnym momencie, dodajmy. Bo oto nadszedł dzień zwycięstwa i trzeba było się rozejrzeć za innymi podnietami, poszukać innych motywacji uprawiania sztuki. W końcu lat osiemdziesiątych dało się zauważyć symptomy tych przemian w twórczości wszystkich kolegów Kowalewskiego, ale żaden z nich nie zmienił środków tak szybko i radykalnie, jak on sam. Zaciekawiła go chyba nijakość bytu. Najpierw bowiem powrócił do kiedyś, przed laty porzuconych, strywializowanych przez banalność tworzywa, praktyk lepienia małych rzeźb z modeliny, potem, przy użyciu zapomnianych i wyrzuconych na margines nowego życia przedmiotów, materializował wspomnienia z dzieciństwa (Ćwiczenia z estetyki, w jakiej wzrastałem). Jeszcze później zaczął się rozglądać za wartościami, przywołując Znaki orientacyjne, które są konieczne, by uniknąć szaleństwa, jakby w odpowiedzi na zadane sobie wcześniej pytanie: Gdzie powiesić Matkę Boską? Nie potrafił się wyzwolić z sarkazmu, ironii i potrzeby tropienia absurdu, ale potrafił to w sobie dostrzec, a nawet skomentować. Cykl Fin de siécle jest właśnie takim komentarzem: do wolności i sztuki, ale i do siebie, swoich powinności, a także swoich możliwości.

Cały ten okres – od śmiałego debiutu Pawła Kowalewskiego w roku 1982, przez wszystkie etapy współpracy z pięcioma innymi malarzami i współistnienia z nimi w „Gruppie”, po jego gorzką refleksję na temat znaczenia wolności – trwał dziesięć lat. Pozostał po nich imponujący dorobek, ale wydaje się, że sam twórca niedostatecznie go wówczas docenił. Może uznał, że artystyczne sukcesy przychodziły mu zbyt łatwo, jak łatwo mu było niegdyś dostać się na akademię, a potem, po jej ukończeniu, łatwo było zostać akademickim nauczycielem? Tego nie wiemy. I chyba nawet nie wie on sam. Faktem jest jednak, że kiedy po tych dziesięciu latach znalazł się na progu artystycznej dojrzałości, kiedy miał już znane nazwisko i pozycję w świecie sztuki, właśnie wtedy odwrócił się od tego wszystkiego i rozpoczął nowe życie, tak jakby bycie artystą nie było wynikiem powołania, tylko wyuczonym zawodem, który się uprawia, jak każde inne zajęcie. Podważył powszechne mniemanie o nieuchronności losu i podjął pracę w konkretnym zawodzie, wymagającym zresztą podobnych zdolności, jak tworzenie sztuki. I w tej nowej dziedzinie także osiągnął powodzenie. Ale nie usunął się przez to ze świata sztuki; znikł tylko na jakiś czas z pola widzenia wyznaczonego przez tradycyjne ramy społecznego i artystycznego życia, a teraz na powrót się w nim pojawia.

Dlatego uprawnione jest mówienie nie tylko o urodzinach, ale i o jubileuszu, który nam przypomni wyznawane niegdyś wartości.

Anda Rottenberg