Kiedy byłem mały, żyłem w świecie dinozaurów / ROZMOWA Z MARIUSZEM TARKAWIANEM

Augmented Carnotaurus, 2017, tusz i ołówek na papierze, 50 x 70 cm
Augmented Carnotaurus, 2017, tusz i ołówek na papierze, 50 x 70 cm

Gdzie lubisz rysować?

Mariusz Tarkawian: W galerii, w muzeum, w kawiarni, w moim mieszkaniu i w różnych niespodziewanych sytuacjach. W metrze nie, bo jest za dużo ludzi. Jak rysuję w kawiarni, to chłonę atmosferę wokół siebie. A jak rysuję w galerii, to się wyłączam, tak jakby mnie nie ma. Muszę się skupić na konkretnej pracy przede mną i świat dookoła przestaje istnieć. Z kolei w kawiarni, świat wokół mnie jest bardziej namacalny, a ja jestem częścią tego wszystkiego. Rysując, staram się oddać esencję danej sceny, takie haiku. Snapchat, polaroid, szybki szkic. 

Artysta rysuje w galerii – to kojarzy się z performansem. Czy czujesz się jak performer?

Trochę, ale tak mimochodem. Jestem miły, mówię ludziom dzień dobry, cześć (jak mnie zaczepiają). Rozmawiam, nie jestem gburem. Zawsze staram się znaleźć chwilę na parę słów, kiedy kogoś coś w mojej pracy zainteresuje. Można powiedzieć, że jest to trochę performans, bo na codzień rzadko mamy okazję widzieć kogoś, kto rysuje. Rysowanie na ścianie kojarzy się z wandalizmem (i często nim jest), rysowaniem po kryjomu, po nocach, w maskach. Ale już rysowanie na ścianach w galerii sztuki jest akceptowane, każdy może przyjść, pooglądać, doświadczyć. Czyli robię performans rysunkowy, tak niechcący.  

Czy ludzie zaczepiają cię, jak rysujesz?

Najczęściej ludzie się boją lub wstydzą zagadać. Myślą, że artysta to ktoś wyjątkowy – a to zwykły, szary człowiek. Wiele osób o tym zapomina. Nie podchodzą, myślą, że będą mi przeszkadzać. 

Twoja obecność może służyć przełamaniu tej granicy.

Tak, to jest też oswajanie odbiorcy z twórcami. W ten sposób mogę również zainspirować kogoś do działania i pokazać, że można mieć taki sposób na życie. Zwłaszcza dzieci korzystają na takim spotkaniu. Same z reguły dużo rysują, ale nie każde dziecko ma "rysujących" rodziców. Widząc dorosłego, który rysuje, czuje się dowartościowane, a rysowanie zyskuje na znaczeniu.

Moi młodsi bracia grają w bitwę czołgów na kartkach. Akcja rozgrywa się na kartce. Czy to przypomina twój proces rysowania?

Ja sam grałem w takie bitwy. Jak jest bitwa, to rysuje się czołg i potem rysuje się czołg z prawej strony i on celuje lufą, pytanie: czy go trafi? Kiedy rysuję jakąś postać, to od razu patrzę na kształt płaszczyzny wokół tej postaci, ponieważ zawsze zniekształca on pustą, białą kartkę, jest ona już trochę inna. Komponuję patrząc na przestrzeń, która została do zapełnienia. Dopasowuję gotowe kształty (znalezione gdzieś w sieci) do płaszczyzny, której ubywa.

Bazę kształtów gromadzisz wcześniej?

Zbieram obiekty, które mnie interesują – są bardzo różne. Potem je sobie komponuję. Czasami, jak mam gotowy pomysł na rysunek, to tworzę na komputerze nowy folder i wrzucam tam wybrane zdjęcia. Ale mam też foldery „w razie czego”  i tam wrzucam rzeczy, które mnie w jakiś sposób zainteresowały i grupuję je tematycznie. 

Jakie to są tematy?

Dinozaury, seks. I foldery ze sztuką współczesną, którą dokumentuję i staram się przewidzieć jej przyszłość. Czasami, jak mam czas, to zamiast zapisywać znalezione zdjęcia, od razu je przerysowuję. I potem te rysunki wykorzystuję w innych pracach.

Cykle, które tworzysz są wynikiem dużej konsekwencji. Czy prace zyskują znaczenie dopiero, gdy jest ich bardzo dużo?

Uznałem, że jakbym zrobił jeden taki rysunek, to nie byłby on tak wartościowy, jak wtedy, gdy coś się powieli w dużej masie, nagromadzeniu. Myślę, że to, że tych prac jest tak dużo (red.: np. seria kilku tysięcy rysunków w cyklu "W poszukiwaniu sztuki"), pokazuje, że twórca jest konsekwentny w swojej idei. Widać, że to, co robi i w co wierzy ma dla niego sens – że to nie jest ściema.

Twoja potrzeba kolekcjonowania i katalogowania wydaje się nieco maniakalna.

Jest to trochę maniakalne, ale robię to, dlatego, że wymyśliłem sobie ideę, która mi się podoba. Ta forma pracy, pozwala mi ją przekazać.

Mariusz Tarkawian, Leksykon
Mariusz Tarkawian, Leksykon

Na twoich rysunkach jest bardzo dużo prac innych artystów, ale i twoich własnych. Prace stają się autotematyczne.

To jest tak, jakby pies zjadał własny ogon. Albo wąż. Jest to dla mnie trochę niebezpieczne, muszę uważać i szukać nowych rozwiązań. Trochę zapętliłem się w tym moim własnym, dziwnym świecie. Ale czuję się w nim dobrze – bo jest mój. Jak byłem mały to lubiłem przerysowywać dinozaury i byłem w świecie dinozaurów. Teraz żyję bardziej w świecie sztuki, więc rysuję dużo sztuki. Zdałem sobie sprawę, że moje wszystkie cykle współczesne mają korzenie w dzieciństwie, w dawnych fascynacjach związanych z katalogowaniem. Zacząłem rysować dinozaury i zwierzęta, bo nie miałem kasy na książki, a strasznie lubiłem albumy. Wypożyczałem je z biblioteki, ale żeby mieć je na dłużej i móc oglądać, to je sobie całe przerysowywałem. Mam takie cykle: płazy, gady, ryby morskie. Nawet pisałem ich nazwy, po łacinie i po polsku, ale teksty olewałem. Za to obrazki bardzo mnie fascynowały. Katalogowanie wynika tutaj z chęci zatrzymania na dłużej tego, co ci się podoba. Tak samo jest ze sztuką. Patrzę na dzieła sztuki, a później gromadzę je w jednym miejscu, żeby mieć je w całości przed sobą i móc potem dublować. 

Rysunek to także notatka?

Kiedy kopiuję jakieś dzieło, to nie jest  jego dokładna kopia, tylko synteza – kształt, obrys, nie ma kolorów. To są takie notatki, szkice, powidoki – rysuję to, co zostaje w pamięci.

Czasem robisz rysunki na zmówienie. Gdzie jest granica cudzej interwencji w to, co rysujesz?

Nie lubię rysować na zamówienie. Główną sprawą, która mnie ogranicza jest temat. Jeśli praca jest na zamówienie, to rzeczy, które tam powstaną, są wynikiem dyskusji, kompromisu. Ale to, jak to będzie zrobione, zależy już ode mnie.

Mariusz Tarkawian, Wystawa fantastyczna, fot. Aga Bilska / warszawawarsaw.com
Mariusz Tarkawian, Wystawa fantastyczna, fot. Aga Bilska / warszawawarsaw.com

Wpatrując się w twoje prace można się w nich zgubić. Trzeba szukać powiązań między elementami i odnajdywać własne ścieżki.

Rysuję tak, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Żeby się trochę w tym odnalazł, poszukał swoich ulubionych miejsc. To bazuje na takim przyjemnym kopie, który dostaje nasz mózg, kiedy widzimy coś znajomego. Kiedy idziesz ulicą i nagle dostajesz zastrzyk dopaminy. W przypadku rysunku działa to tak, że każdy znajdzie w nim coś, co już kojarzy, zobaczy znajomą "twarz". 

Mam wrażenie, że w swoich pracach dehierarchizujesz rzeczywistość.

Lubię zbijać sztukę z piedestału. Na przykład dzieła znanych artystów i nieznanych studentów. Mieszam to wszystko, a teraz ty zgaduj, co jest czyje. 

Czy to nie stawia ciebie na bardzo zdystansowanej pozycji?

No tak, bo chciałem być naukowcem. A to jest typowa cecha naukowca, że ma dystans do wszystkiego i bada na chłodno. Ale niektórych artystów wyróżniam robiąc pracę na ich temat (red.: np. "Tribute to Araki"), mam swoich ulubionych twórców. 

Co jednak nie przeszkadza ci w demokratycznym zestawianiu ich twórczości z twórczością innych – tak jak stało się to w książce "W przewidywaniu sztuki".

Tak, dehierarchizacja występuje w moich pracach, dlatego że sprowadzam wszystko do jednego mianownika, pokazuję, że wszystkie dzieła sztuki, niezależnie od rangi, są tylko elementem, tendencją w naszej ludzkiej działalności. 

Artyści z różnych epok trafiają do jednego worka. To nie jest wizja sztuki, która rozwija się linearnie. Ona sama powtarza się i miesza.

Może nie powtarza się dosłownie, ale jako powidoki i ślady. Lubię tropić takie powtórzenia w sztuce, lubię szukać podobnych tematów i podobnych prac na dany temat. Na komputerze mam też takie foldery: sztuka o tym, sztuka o tamtym.

O czym?

O gwoździach w drewnie – dużo jest takiej sztuki. Gwoździe wbite w kołki, albo w drewno, pod różnym kątem. Albo płyty szklane pod różnym kątem. Albo postaci z zamazaną twarzą. Albo malutkie ludziki, biegające wszędzie, jak u Bosha. Ale ja widziałem też siebie w wielu innych pracach. Ja też rysuję jak ktoś.

 

Rozmawiała Rita Müller.